Philipek – parkour, freerunning i inne przemyślenia

Jeden skok

Opublikowany w freerunning, movement, Parkour przez philipek w dniu Listopad 6, 2009

Diagnoza: naciągnięte więzadło przyboczne przyśrodkowe kolana lewego i przyczep mięśnia czworogłowego lewego. Brzmi strasznie, ale w praktyce nie jest źle.

Bullshit. Po raz kolejny mogłem się przekonać, że w Polsce Służba Zdrowia działa tylko prywatnie, natomiast dla całej reszty pozostaje tylko i wyłącznie Kasa Chorych. Na prywatnej wizycie, ortopeda po badaniu USG i dokładnych oględzinach mojej nogi stwierdził, że mam pęknięty róg przedni łąkotki przyśrodkowej w lewym kolanie. Co to oznacza w praktyce? Dwa tygodnie intensywnej rehabilitacji, którą właśnie przechodzę, a później, jeżeli uda się obejść bez artroskopii, długie miesiące rekonwalescencji. Jeżeli wierzyć słowom mojego terapeuty, co najmniej 3, jednak bardziej prawdopodobnie – 4. Dobrze o tyle, że w ogóle mam jakiekolwiek perspektywy na powrót do treningu. Ale mimo to, czuję się okropnie. Znacie to uczucie, kiedy bardzo mocno czegoś pragniecie, ale na drodze do spełnienia tego pragnienia staje przeszkoda nie do przeskoczenia? Ja mam tak cały czas.

Co teraz? Na pewno nie zamierzam się oszczędzać. Być może przekształcę tę moją skromną internetową posiadłość w blog treningowy, a może nie. Nie wiem. Moim głównym celem jest teraz wyjście z kontuzji i bezpieczny powrót do normalnego treningu. Chcę też jak najbardziej wzmocnić górne partie ciała i nie wyjść z formy. Tymczasem żegnam. Uważajcie na siebie, bo wystarczy jeden skok.

Reakcje po MTV Ultimate Parkour Challenge, czyli WTF?

Opublikowany w freerunning, movement, Parkour przez philipek w dniu Październik 25, 2009

Od wczoraj na YouTube można oglądać pierwszą edycję „MTV Ultimate Parkour Challenge”. Od wczoraj w świadomości wielu, Daniel Ilabaca, Ryan Doyle, Tim Shieff i inni przestali stać na półce z napisem „inspiracja”. Od wczoraj wszyscy się oburzają, rzucają wyzwiska, pieprzą frazesy. Czy naprawdę jeden program w amerykańskiej telewizji tak wiele zmienił?

Na początek moich krótkich, jako że czas nagli, rozważań postawię tezę, której wiele osób nie potrafi przyjąć do wiadomości: fakt, że ktoś zarabia na parkourze/freerunie NIE OZNACZA, że trenuje dla pieniędzy. Przyjrzyjmy się uczestnikom pierwszego „UPC”. Wszyscy należą do powstałej niedawno World Freerunning & Parkour Federation. Każdy z nich poświęcił wiele lat treningu i osobistych wyrzeczeń, aby dojść do poziomu, który teraz prezentują. Czy to źle, że mając możliwość zarobienia kilku groszy na tym, do czego dochodzili tak długo, korzystają z okazji? Czy popełniają błąd, biorąc na swoje barki odpowiedzialność za wizerunek parkouru na całym świecie? Dobra, to materiał na inny wpis. Teraz zajmijmy się obecną sytuacją.

Postawmy sprawę jasno – MTV i tak zrobiłoby ten program, bez względu na to, czy udział wzięliby członkowie WFPF, czy podwórkowi tułacze jamakajscy. Oczywiście forma zawodów, którą wybrał popularny wśród nastoletnich buntowniczek kanał, jest zła. Dla mnie również. Ale wierzę, że uczestnicy zrobili wszystko, żeby parkour został zaprezentowany jak najlepiej i nie oni powinni być uważani za winnych i skazani na wieczne potępienie. Zauważcie kilka szczegółów – na początku programu i po każdej przerwie reklamowej mamy akceptowaną przez większość definicję, a konkurencje mniej lub bardziej sprzyjają głównym założeniom sztuki przemieszczania się (prócz tej o braku rywalizacji, oczywiście). Nie chodzi tu o wielkie skoki i karkołomne wyczyny, a o flow, kreatywność, szybkość pokonania danej trasy oraz pracę zespołową. I mnie się ten program oglądało naprawdę świetnie. Niestety, kilku traceurów dało się ponieść emocjom i presji kamer i niektóre skoki zakończyły się bolesnymi upadkami, którymi montażyści karmili nas co kilkadziesiąt sekund. Bo przecież nie ma to jak widok krwi i człowieka spadającego z wysokości piętra na kark, prawda? No cóż, na to uczestnicy nie mogli mieć już wpływu.

Zastanawia mnie jednak, co by się działo, gdyby program nazywał się „Ultimate Freerunning Challenge”. Założę się, że wszyscy obrońcy purytanizmu w parkourze przestaliby jęczeć, krzyczeć i tupać nogami. Wszystko byłoby zapewne w porządku. Czy więc jest to tylko kwestia nazwy? Jeżeli tak, to tak naprawdę TO jest dopiero smutne.

Chciałbym zaznaczyć, że nie próbuję wcale usprawiedliwić rywalizacji w parkourze. Dla mnie jest to błąd. Chcę, żebyście zastanowili się, czy uczestnicy, na których wieszacie psy, są winni tej sytuacji?

Relacja z Adrenaline Sports Live Festival 2009

Opublikowany w freerunning, movement, Parkour, Relacje przez philipek w dniu Październik 20, 2009

Witam.

Postanowiłem założyć bloga. Może będę go aktualizował na bieżąco, może nie. To zależy od wielu czynników. Zacznę od bardzo długiej relacji z eventu, w którym niedawno wziąłem udział: festiwalu Adrenaline Sports Live, który odbył się w dniach 8-10 października w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich – Abu Zabi. Zapraszam do czytania i oglądania zdjęć.

17 września 2009, godzina 21:26. Początek najciekawszej jak do tej pory przygody w moim krótkim życiu. Na moją skrzynkę przychodzi e-mail o tajemniczym tytule „Le Parkour Showcase”. Co dziwniejsze, domena nadawcy to actionsportsarabia.org. Po wgłębieniu się w treść, dochodzę do wniosku, że chodzi o zorganizowanie trzech osób, które pojadą do stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby uczestniczyć w czymś dużym. Następnego dnia odpisuję, wkrótce potem dostaję telefon. Rozmowa trwa około 15 minut, co znacznie skraca czas negocjacji i wzajemnej e-mailowej adoracji. Już wiem dokładnie, jak wygląda sprawa. Sam Gauch z organizacji Action Sports Arabia (ASA) szuka trzech traceurów, którzy wystąpią na pokazach w Abu-Zabi na festiwalu Adrenaline Sports Live. Nie chcąc tracić takiej okazji, automatycznie wpisałem się na listę, mimo że wiem, iż wielu mogłoby mnie zastąpić. Po wymianie kilku wiadomości, udaje mi się również wynegocjować miejsce dla dodatkowej osoby. Wybór ekipy nie trwa długo. Po przyjrzeniu się torowi, stwierdzam, że potrzebna będzie osoba znająca się na wykonywaniu salt oraz traceurzy doświadczeni w tego typu pokazach. Padło na Barola, Belkę i Sonny’ego.

Cała trójka zgodziła się bez większych oporów i wszystko szło dobrze. Do czasu. Problemy zaczęły się w niedzielę tuż przed wyjazdem, 4 października. Okazało się, że według emirackiego prawa, pełnoletność osiąga się po ukończeniu 21 roku życia, a Barol i ja mamy po 18 lat, co zaowocowało tym, że w urzędzie imigracyjnym odmówiono wydania nam wiz. Przez bite 7 godzin siedziałem przed komputerem, odbierając maile i telefony z instrukcjami. Najpierw mieliśmy przesłać zdjęcia paszportowe, imiona naszych mam i kopie paszportów ojców, co w przypadku Barola okazało się niemożliwe. Gdy ten fakt wyszedł na jaw, Shant z ASA powiedział, że naszą jedyną nadzieją jest pismo podpisane przez opiekunów przypieczętowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. To było praktycznie równoważne z zostaniem w kraju, chociaż Barol już załatwiał transport do Warszawy. W końcu, około godziny 18:00 zadzwonił do mnie Sam z informacją, że pewien „big guy” wstawił się za nami i możemy przyjeżdżać. Co za ulga! Nigdy przedtem nie najadłem się tyle stresu. Ale to był dopiero początek.

Obudziłem się w poniedziałek pełen energii i gotowy do działania. Poszedłem do szkoły, wróciłem do domu, odwiedziłem dziewczynę, cały czas czekając na maila z e-biletami na samolot. Wraz z mijającym czasem denerwowałem się coraz bardziej, ponieważ powiadomienie SMS-owe nie przychodziło. Po ostatecznym powrocie do domu otrzymałem telefon od Shanta, że nie mam się przejmować, bilety dostanę za pół godziny. Niewiele myśląc, zacząłem się pakować, uważając, by o niczym nie zapomnieć. Minęło 30 minut, godzina, półtorej, a biletów nadal nie miałem. Po raz kolejny dostałem telefon, tym razem od Sama, który znów zapewnił mnie, że bilety będą, ale później z powodu problemów z kartą kredytową. No więc czekaliśmy. I czekaliśmy. A stres był coraz większy. W końcu, piętnaście minut przed północą, otrzymałem potwierdzenie złożenia zamówienia na bilety. Mimo później pory, moja czujność nie ustała. Okazało się, że samo zamówienie to jeszcze nie bilet, mimo że Shant zapewnił mnie, że to, co dostałem, wystarczy. Ostatecznie, po 9 godzinach spędzonych non-stop przed ekranem laptopa, o 2:14 w dzień wylotu, dostałem upragnione e-bilety. O problemach ze znalezieniem działającej drukarki już nie będę wspominał. Powiem tylko, że na pierwszy pociąg do Warszawy się spóźniłem i musiałem wykosztować się na ekspres.

Na Dworcu Centralnym spotkałem się z Barolem i autobusem linii 175, wyposażeni w bilety lotnicze, ruszyliśmy na Okęcie, gdzie od kilku godzin czekali na nas Sonny i Belka. O dziwo, wszystkie formalności na lotnisku przeszły bez żadnych problemów i przed 18:00 znaleźliśmy się na pokładzie samolotu British Airways, z którego w Londynie, prawie się spóźniając, przesiedliśmy się do czartera Qatar Airways, jakim przedostaliśmy się do Dohy, skąd ostatecznie polecieliśmy na Abu Dhabi National Airport. Dopiero tutaj rozpoczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki w batalii przeciwko biurokracji, w której ostatecznie ponieśliśmy połowiczną porażkę. Już wyjaśniam, o co chodzi. Po ponad 11 godzinach lotu, w końcu znaleźliśmy się w stolicy najbogatszego kraju świata. Samo lotnisko przytłoczyło nas swoim rozmachem. Dostałem telefon od Sama (4,90 PLN za minutę połączenia odebranego), który poinformował, że musimy poczekać 20 minut na dokończenie formalności wizowych i pojedziemy do hotelu, gdzie będziemy mieli mnóstwo czasu na odpoczynek. 20 minut to jeszcze żadna tragedia, więc postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Obejście lotniska dookoła zajęło nam ponad pół godziny, a telefonu z potwierdzeniem nadal nie otrzymałem. Wysłałem SMS (1,50 PLN) i znowu musiałem odebrać telefon. Okazało się, że musimy poczekać kolejne 20 minut, z których ostatecznie zrobiło się 7 godzin, w trakcie których zaczęliśmy, delikatnie mówiąc, dostawać na łeb. W końcu zadzwonił do mnie Maher, kolejny przedstawiciel ASA i zapewnił nas, że możemy iść po odbiór naszych wiz. Rzeczywiście, wizy były na miejscu. Barol i ja przeszliśmy kontrolę bez większych problemów i w euforycznych nastrojach ruszyliśmy do bezcłowego po piwo, które w Emiratach jest normalnie niedostępne. Zanim zdążyliśmy wybrać interesujący nas towar, dostałem telefon od Belki:

K&#*a, słuchaj, tu nie ma dla nas wiz – powiedział.
Jak to, k&#*a nie ma wiz?! – zapytałem z roztargnieniem.
No k&#*a, nie ma i c*%j. – odparł, miażdżąc mnie tą argumentacją.
Poczekaj, już dzwonię. – zapewniłem.

Zadzwoniłem do Mahera, który kazał nam przyjść do wyjścia, żeby nie wydawać już więcej na telefon. Poszliśmy więc, zostawiając pozostałą dwójkę na pastwę Arabskiej kontroli (nie)celnej. Maher okazał się niskim, miłym i bardzo zestresowanym jegomościem. Kupił nam kawę w Starbucksie (o kurczę, Word nie podkreśla słowa „Starbucks”) i zaczął uruchamiać wszelkie możliwe kontakty. W końcu, po 9 godzinach spędzonych na lotnisku, zaoferował odwiezienie nas do hotelu. Zgodziliśmy się i około 22:00 byliśmy na miejscu. Dostaliśmy do dyspozycji apartament, którego standard przerósł nasze najśmielsze oczekiwania, jednak za bardzo martwiliśmy się o los naszych kolegów uwięzionych w Immigration Centre, aby zachwycać się urokami trzech gwiazdek w Abu-Zabi. Niestety, kolejne telefony nie dodawały nam otuchy. Aby nie przedłużać już więcej – po 27 godzinach na Abu Dhabi National Airport, Belka i Sonny musieli wrócić do kraju. W nocy, razem z Barolem zacząłem układać plan awaryjny, ponieważ znaleźliśmy się w cholernie trudnej sytuacji. Okazało się bowiem, że mamy robić 5 pokazów dziennie przez 3 dni na ogromnej scenie. We dwóch. Tej samej nocy odwiedził nas jeszcze Sam, poznaliśmy również resztę ekipy przywiezionej przez ASA, między innymi Damiena Wilsona, jednego z najlepszych skaterów, mistrzów Francji i Holandii w futbolowym freestyle’u oraz organizatora pierwszych mistrzostw świata w beatboksie. Po tym spotkaniu, postanowiliśmy, że mimo wszystko nie popsujemy sobie tripa i z tą myślą położyliśmy się spać.

Obudziliśmy się około 10:00, zjedliśmy śniadanie i zeszliśmy do recepcji. Spotkaliśmy się z ekipą, ale na miejscu, czyli w Abu Dhabi National Exposition Centre, najnowocześniejszym centrum ekspozycji świata, znaleźliśmy się dopiero po 12:00. To, co zobaczyliśmy zrobiło na nas kolosalne wrażenie. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję i moje spostrzeżenie. Do ZEA jedzie się z wygórowanymi oczekiwaniami, ale to, co zastaje się na miejscu, przerasta najśmielsze wyobrażenia. Tam absolutnie wszystko jest największe, najnowocześniejsze, najszybsze i po prostu najlepsze. No, tyle.
Od Christine z firmy Barbican, która była naszym głównym sponsorem, dowiedzieliśmy się, że nasz pierwszy pokaz jest zaplanowany na 12:30, więc zaczęliśmy intensywną rozgrzewkę. Byliśmy bardzo zestresowani, ponieważ nie mieliśmy choreografii, nie znaliśmy miejscówki, no i było nas dwóch. Pierwsze dwa pokazy były prawdziwą torturą, mimo że dawaliśmy z siebie wszystko. Sponsor oczekiwał od nas bowiem, że będziemy zabawiać publiczność każdorazowo przez 15 minut. Staraliśmy się więc skakać jak najdłużej, ale wychodziła z tego straszna nuda bez tempa i szybkich akcji. W końcu udało nam się nakłonić Christine do skrócenia pokazów. Mniej więcej ułożyliśmy sobie choreografię i w końcu udało nam się zrobić show, z którego byliśmy zadowoleni. Pierwszego dnia pokazy zakończyliśmy po 20:00 i dopiero wtedy znaleźliśmy trochę czasu na zwiedzania hali i obejrzenie innych atrakcji festiwalu. A było co oglądać. W programie był konkurs samochodów tuningowanych Barbican Turbo. Powiem tak – takich fur nie widziałem ani w Pimp my ride, ani w Top Gearze. Oprócz tego można było podziwiać wyczyny freestyle footballistów, BMX-owców, rolkarzy i skateboardzistów, posłuchać bitwy beatboksowej, pograć w najnowsze produkcje Electronic Arts czy pojeździć na snowboardzie (tak, był tam prawdziwy śnieg, nie żaden igielit. To Emiraty, nie?) albo trójkołowym hulajnogopodobnym sprzęcie, którego obsługę opanowaliśmy do perfekcji. W hotelu znaleźliśmy się chwilę przed północą, odgrzaliśmy sobie żarcie w mikrofalówce i poszliśmy oglądać Transformersów na laptopie. Zasnęliśmy po dwóch minutach.

Następnego dnia obudziłem się po 9:00 i zacząłem, leżąc jeszcze w łóżku, grać w „Lumines Block Challenge”. Co prawda zrobiłem nowy rekord, ale okazało się, że grałem półtorej godziny i wskazówka zegarka niebezpiecznie zbliżyła się do jedenastki. Obudziłem Barola, który miał pretensje, że go budzę, jednocześnie narzekając, że nie zrobiłem tego wcześniej. Szybko zeszliśmy na śniadanie do hotelowej jadłodajni, zjedliśmy musli i zimne omlety i zeszliśmy do recepcji. Tam znów musieliśmy poczekać na resztę ekipy i po raz kolejny spóźniliśmy się na pierwszy pokaz. Drugi dzień był jednak wyjątkowy pod wieloma względami. Na nasz trzeci pokaz tego dnia przyszło ponad 600 osób, co spowodowało, że nasze nadnercza zaczęły pracować na zwielokrotnionych obrotach. Zrobiliśmy naprawdę dobre show i zostaliśmy nagrodzeni gromkimi brawami, a ja schodząc ze sceny, prawie zemdlałem ze zmęczenia. Później, przed pokazem b-boyów z Riddim Dance Project, znów weszliśmy na scenę i zaczęliśmy się wraz z nimi rozciągać. Następnie, Tommy zadeklarował, że chce nauczyć się sideflipa, więc razem z Barolem ruszyliśmy z pomocą. Był to początek prawdopodobnie najlepszego pokazu, jaki zrobiliśmy, a stało się tak dzięki temu, że był całkowicie spontaniczny. Tommy próbował ile sił, ale za każdym razem wychodził mu doubleleg. Barol usilnie pokazywał mu, co ma robić, a to przykuło uwagę przechodzących widzów. Przed sceną zaczęła zbierać się coraz większa widownia. My, niewiele myśląc, rozpoczęliśmy popisywać się przed sobą nawzajem swoimi umiejętnościami. Podłapała to Christine i Selena, nasza MC, i zrobiły z tego prawdziwe, regularne battle: freerunning vs. breakdance ;) Na koniec, gdy byliśmy już całkowicie wyczerpani, publiczność miała zdecydować, kto wygrał. Ku naszemu zaskoczeniu, ludziom bardziej podobały się nasze skoki od różnego rodzaju headspinów i flar i zostaliśmy okrzyknięci królami sceny Barbican :D Wiem, wiem, że to nie brzmi nadzwyczajnie, ale tak to już jest z relacjami – swoich uczuć w nich nie zawrzesz. W piątek nasz ostatni pokaz był zaplanowany na 22:30, ale został odwołany ze względu na nasze widoczne wycieńczenie i brak ludzi w hali oraz zniszczenia, jakie dokonały się na naszym torze i scenie (dziury, nierówności, ruchome ściany i takie tam). Po powrocie do hotelu, znów podjęliśmy próbę obejrzenia „Zemsty Upadłych”, jednak znów polegliśmy po kilkudziesięciu sekundach.

Nieuchronnie nadszedł ostatni dzień pokazów, których na sobotę zaplanowano tylko 3. Nasze mięśnie powoli odmawiały posłuszeństwa, ale postanowiliśmy się zmobilizować, mając w perspektywie wieczorną imprezę z całą ekipą ASA w Dubaju. Tym razem pierwszy pokaz udał nam się dobrze. Zdecydowaliśmy, że warto by porobić trochę zdjęć, co też niezwłocznie uczyniliśmy. Około 13:30 wezwała nas Christine i powiedziała, że o 14:00 zrobimy inny niż zwykle pokaz. Na miejscu miał zjawić się wiceszef marki Barbican, więc na scenie mieli pojawić się wszyscy uczestnicy: najpierw b-boye, zaraz po nich my, później Christopher ze swoimi barmańskimi sztuczkami, a na końcu wszyscy razem. Zaczęliśmy się dokładnie rozgrzewać, przygotowując plan jeszcze bardziej efektownego pokazu. W chwili jasności umysłu zauważyłem nową możliwość wykorzystania miejscówki – małpę do precka na rurkach z różnicą wysokości. Kazałem Barolowi przytrzymać dolną barierkę w miejscu, gdzie trochę się ruszała i wykonałem ostatni skok tego wyjazdu. Po zetknięciu się moich nowych Kalenji z rurką, ta postanowiła wyrwać się z zawiasów i ze ściany, do której była przymocowana. Bardzo niemiło upadłem na dupę, jednak nie na to zwróciłem uwagę. Poczułem bardzo dotkliwy ból w lewym kolanie. Nie mogłem go ani zgiąć, ani wyprostować. Wśród ekipy zaległa cisza, która po chwili przerodziła się w chaotyczny hałas. Jakoś skulałem się ze sceny, poprosiłem o lód, a Christine wezwała pierwszą pomoc. Zostałem odwieziony do szpitala, w którym okazało się, że nie zostałem ubezpieczony. Na szczęście organizatorzy mieli w zanadrzu trochę pieniędzy i nie musiałem płacić za RTG z własnej kieszeni. W ogromnych nerwach i bólu oczekiwałem na wyniki badań. Diagnoza: naciągnięte więzadło przyboczne przyśrodkowe kolana lewego i przyczep mięśnia czworogłowego lewego. Brzmi strasznie, ale w praktyce nie jest źle. Niestety, kontuzja wyeliminowała mnie z ekipy jadącej do Dubaju, ponieważ nie zostałem wyposażony w kule, a Barol solidarnie został ze mną w hotelu. Tym razem nie próbowaliśmy nawet włączać żadnego filmu, tylko spakowaliśmy się i poszliśmy spać.

W niedzielę nie wydarzyło się nic specjalnego. Zostaliśmy odwiezieni na lotnisko, gdzie, jako niepełnosprawny, byłem traktowany jak VIP. Podróż powrotna przebiegła bez większych problemów, a jedyną niedogodnością było dziesięciogodzinne czekanie na samolot na Heathrow, które okazało się bardziej zacofane niż dworzec główny w Poznaniu – wszystkie łącza WiFi są tam płatne. W Warszawie wylądowaliśmy o 11:00 w poniedziałek. Odebrał nas mój chrzestny. Z Barolem pożegnałem się na Dworcu Centralnym i każdy z nas w końcu ruszył do domu. Ja w Lesznie znalazłem się dopiero po 16:00.

Podsumowując, wyjazd do Abu-Zabi był zdecydowanie najciekawszą przygodą mojego życia. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie jeszcze okazja, aby wybrać się do Emiratów i, korzystając z nabytego doświadczenia, uniknąć wszystkich problemów, które zaistniały tym razem. Tym, którzy dotrwali w czytaniu do tego momentu nie będę już dłużej zajmował czasu. Chcę tylko podziękować Barolowi, Sonny’emu, Belce, Samowi, Maherowi, Shantowi, Abdulmalikowi, Riddim Dance Project i wszystkim, którzy sprawili, że ten wyjazd był taki, jaki był. Do zobaczenia ;)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.